3 marca 2015

Bieganie według planu czy dla fun'u?

http://czmielubiega.blogspot.com/2015/03/bieganie-wedug-planu-czy-dla-funu.html
Co masz zrobić dzisiaj zrób jutro. Tak też będzie z biegowym podsumowaniem lutego, którego dzisiaj nie zrobię, bo mam ochotę podzielić się swoimi przemyśleniami na temat sensu biegania.

Spędziłem weekend ze znajomymi z ogólniaka. To stara paczka znajomych, których nawet raz w roku ciężko jest zebrać w komplecie. Kiedy się już spotykamy mamy tyle tematów do omówienia, że 3 dni i 2 noce to mało. Wyjeżdżając na spotkanie zabrałem ze sobą buty i ciuchy do biegania ale nie nastawiałem się na to, że chociaż raz wyjdę pobiegać. Jednak udało mi się zrobić luźną piątkę w towarzystwie jednego z przyjaciół. Nie liczył się plan, tempo, tętno, czas czy kilometraż. Ważne było tylko to, że mogłem sobie pobiegać z kumplem. W ten sam weekend trzech innych kolegów zaliczyło udany start w Biegu Piastów, czyli 50 km na nartach biegowych. Zrobili to nie na czas, nie dla rekordów a dlatego, że narty biegowe to jeden z ich ulubionych sportów zimowych. Nie chcieli i nie musieli nikomu nic udowadniać. I to mi się podoba.

Patrząc z perspektywy pięciu przebieganych lat dochodzę do wniosku, że biegać należy przede wszystkim dla fun'u. Wielu (kiedyś łącznie ze mną) twierdzi, że biega dla zdrowia. Jednak będąc zupełnie szczerym bieganie dla zdrowia ma niewiele wspólnego z regularnym uklepywaniem asfaltu zakopconych ulic wielkich miast. Zaliczanie setek kilometrów bezdroży po to, żeby szlifować biegową formę i zdobywać kolejne życiówki również korzystne dla organizmu nie jest. Coraz częściej słyszy się o ofiarach biegania na granicy własnych możliwości. Dopełnieniem całości była informacja o śmierci Lucka. Skłoniło mnie to do refleksji - skoro nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę profesjonalistą czyli zawodnikiem, sportowcem, walczącym o tytuły muszę brać pod uwagę negatywne konsekwencję intensywnego treningu.
Bieganie według planu było mi potrzebne do osiągnięciu pierwszego dużego celu biegowego jakim był maraton. Upieram się przy stwierdzeniu, że każdy kto chce się zmierzyć z dystansem 42,195km powinien to zrobić przede wszystkim z głową i według odpowiedniego planu, który zagwarantuje odpowiednie i stopniowe przygotowanie do zaliczenia tego dystansu. Oczywiście zaraz po udanym debiucie pojawia się myśl o kolejnym maratonie w lepszym czasie. A potem o następnym i jeszcze kolejnym. Wtedy całe życie kręci się według jakiegoś biegowego planu, którego realizacja ma zagwarantować sukces w postaci kolejnej życiówki. Ale wszystko ma swój kres a kolejna życiówka może okazać się tą najlepszą i ostateczną na królewskim dystansie. Co wtedy? 

No właśnie. Po kolejnej porażce przychodzą myśli o tym, że przecież może wystarczy przerwa, dłuższa regeneracja a po powrocie do biegania znowu będzie można wdrożyć jakiś plan i porywać się na kolejne życiówki w maratonie. Pojawiają się myśli o większym wyzwaniu jakim jest ultramaraton. Przecież nawet debiut będzie życiówką. I tak dalej. Można nakręcać się w nieskończoność. Aż w końcu dopadnie nas potężna awaria np. kontuzja albo poważna choroba. Usłyszymy od lekarzy, że trzeba odpuścić długie dystanse i najlepiej przestawić się na jogging. Co wtedy?

W takich momentach jeśli w bieganiu nie widzimy nic poza planem marny nasz los jako biegacza. 

Łatwo mi się to pisze, bo mam za sobą okres bicia życiówek. Mam wrażenie, że kolejne nie są mi do niczego potrzebne. Nie mam potrzeby udowadniać sobie a tym bardziej innym, że mogę coś pobiec lepiej, szybciej. Z drugiej strony kiedy w maratonie biegnę ramię w ramię z kolegami, którzy są w wieku moich rodziców zdaję sobie sprawę, że gdzieś tam wewnątrz mam jeszcze rezerwy mocy, bo mam jeszcze parę lat, żeby powalczyć. Może kiedyś spróbuję. Na pewno nie teraz, nie w tym sezonie. 

Polubiłem bieganie w grupie. Szczególnie upodobałem sobie nocne wypady na Ślężę. Marszobieg w dobrym towarzystwie, które oprócz biegania ma mnóstwo innych tematów do omówienia, świetnie wpływa na psychikę i daje kopa na cały tydzień. Biegowe spotkania z ludźmi, którzy dopiero zaczynają swoją biegową przygodę również bardzo sobie cenię. To nowa jakość w moim bieganiu. 

Nadal lubię samotność długodystansowca ale przygoda z biegami górskimi zupełnie namieszała mi w głowie. Wyjazd w góry ze względów bezpieczeństwa nie powinien być realizowany w pojedynkę. Kiedy jedzie się z kimś albo w grupie trzeba dostosować tempo do najsłabszego. I to jest takie fajne. Nie myślisz tylko o sobie.

Nie oceniam innych biegaczy przez pryzmat ich życiówek, litrów potu wylanego na treningach czy godzin poświęconych bieganiu. Szanuję każdego kto ma zajawkę na bieganie. Doceniam wysiłek tych, którzy biegną piątkę, dychę czy połówkę dla zabawy czy z samej chęci wzięcia udziału w takiej imprezie. Cieszę się razem z nimi na mecie, podziwiam zmęczone ale uśmiechnięte postacie z medalami na szyjach. Słucham komentarzy o kryzysach na trasie i zapewnień, że mimo to za rok znowu pobiegniemy razem. Podziwiam ludzi z pasją, której realizacja daje im satysfakcję i przynosi radość. Podchodzę z takim samym szacunkiem do trójkołamaczy jak i do tych, którzy wbiegają na metę tuż przed limitem.

Nie widzę sensu w napinaniu się jak skóra na baranich jajach. Może kiedyś znowu zmienię zdanie jednak na razie biegam dla fun'u :)

3 komentarze:

  1. Bieganie „dla funu” to przede wszystkim większa radość z samego biegu, bo nie jesteśmy krępowani wynikami, czasami publikowanymi w endomondo, miejscem na zawodach - nie ma tzw. spiny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiadomo, że spina czasami pomaga np. kiedy walczysz o wynik ale kiedy przegrywasz walkę to grunt, żeby się nie załamywać i umieć dostrzec pozytywne aspekty biegu. Podobnie jest ze startem dla zabawy, biegniesz bo chcesz wziąć udział w imprezie a nie dla wyniku :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...