2 stycznia 2015

Powrót do pisania

Jest 2 stycznia 2015 roku. Minął dokładnie rok mojego niebiegania, którego przyczynę kiedyś opiszę. Od dzisiaj wracam do regularnego biegania, treningów i pisania bloga. To moje noworoczne postanowienie :)

8 kwietnia 2013

40. Maraton Dębno

Każdy polski maratończyk wcześniej czy później trafia do Dębna. Jedni robią to dlatego, że chcą mieć na koncie udział w najstarszym polskim maratonie. Z kolei inni jadą tam po miejsca w klasyfikacji Mistrzostw Polski Kobiet, Policjantów czy Strażaków. Jeszcze inni startem w Dębnie zdobywają punkt do Korony Maratonów Polskich. Ja połączyłem dwa w jednym czyli chęć udziału w najstarszym maratonie w Polsce oraz chęcią zdobycia KMP.


Przygotowania do tego maratonu szły całkiem dobrze. Jednak w ostatnich dniach przed startem dopadło mnie przeziębienie. Wyjazd zaplanowałem na sobotę, dlatego też w piątek wieczorem czując się niewyraźnie wymoczyłem nogi w solance, zapiłem polopirynę kubkiem gorącego mleka z miodem i wskoczyłem wcześniej niż zwykle do łóżka. Rano po przeziębieniu pozostał tylko katar. Po późnym śniadaniu spakowałem walizkę i około południa rozpocząłem samotną podróż samochodem w kierunku Dębna. Droga minęła szybko na rozmyślaniu o czekającym mnie starcie i na miejsce dotarłem tuż przed godziną 16:00.
 

Dębno przywitało mnie spokojną małomiasteczkową atmosferą. W Biurze Zawodów nie było tłumów, więc sprawnie odebrałem pakiet startowy i wypytałem o drogę na plebanię, na której kilka dni wcześniej zaklepałem sobie nocleg. 


Mimo, że te dwa miejsca były w niedalekiej odległości od siebie na mapie dojazd autem po jednokierunkowych uliczkach był nie lada wyzwaniem. W końcu jednak trafiłem. Urocza pani Anetka zameldowała mnie w pokoju 8-osobowym. Stwierdziła, że z pewnością będę się tam dobrze czuł, bo od kilku lat sypia tam znana jej ekipa młodych biegaczy. Na koniec dorzuciła, że wieczorem będzie masz święta w intencji maratończyków. Znalazłem pokój i wolne łóżko, obok którego rzuciłem swoje graty i ruszyłem w miasto na późny obiad. 


W barze mlecznym obok kościoła nie było makaronu, było tanio, ale nie było makaronu! :) Poszedłem więc do jedynej w mieście restauracji o nazwie Mimoza. Powitała mnie prawdziwa mimoza pod postacią nieobecnej myślami kelnerki w średnim wieku, która nie kwapiła się do obsługi. Poprosiłem o kartę. Przy stoliku obok siedziało wesołe grono biegaczy w koszulkach z maratonów z całego świata, popijające ochoczo piwko do całkiem smakowicie wyglądającej porcji grillowanego kurczaka z warzywami :) Ten widok tak na mnie podziałał, że nie szukałem już makaronu w karcie. Zamówiłem grillowanego kurczaka, warzywa oraz piwo :) Piwo dostałem od razu i po wypiciu pół butli leszka na raz poczułem przyjemne odprężenie. W międzyczasie wpadł do lokalu zabawny człowiek, z pewnością już po kilku piwach, z reklamówką krówek domowej roboty mowiąc, że co roku jego mama robi takie cukierki a on częstuje nimi maratończyków przyjeżdżających do Dębna. Ot taka mała lokalna tradycja :)

Po powrocie na plebanię wypiłem kubek gorącej wody z witaminą C 1000mg bo jednak znowu poczułem się lekko niewyraźnie a następnie udałem się  do kościoła na mszę. Pierwszy raz podczas kościelnego kazania usłyszałem kilka razy słowa "maraton", "maratończyk", "plan treningowy", "kontuzja", "start" i "meta". To było ciekawe duchowe przeżycie. Po mszy poznałem ekipę z pokoju. Część osób kojarzyłem z forów dyskusyjnych. Na łóżku obok spali Kuba i Asia z Gniezna, nieco starsi ode mnie, biegająca para zakręconych pozytywnie morsów i z nimi właśnie wybrałem się na pasta party. 

Wieczór minął na śmichu-chichu w pokoju, opowiadaniach o zaliczonych startach, planach ma maraton itp. Generalnie miło i wesoło. Każdy nałykał się swoich przed startowych specyfików i poszliśmy spać ok. 22:00. Zasypiając przy uchylonym oknie obawiałem się przeziębienia i porannego kataru ale witamina C zrobiła swoje. Spało się nieźle ale kościelny dzwon bił co godzinę tyle razy ile wskazywała tarcza zegara i jeden raz co pół godziny ... po 2:30 nie tylko ja miałem ochotę wspiąć się na tę wieżę i go zdemontować :)

Ok 7:00 wszyscy zaczęli się budzić. Zauważyliśmy szron na oknach przy temp. -4 st C. Każdy zadawał sobie pytanie "Jak się ubrać?!?". Po wspólnym śniadaniu, zrobiłem krótką przebieżkę. Wróciłem spocony po około kwadransie i oświadczyłem, że biegnę na krótko czyli w koszulce + spodenkach. Posłuchałem rady Kuby i kupiłem w szmateksie bluzę bawełnianą. Dzięki niej po rozgrzewce było mi ciepło aż do momentu startu.


Do biegu ustawiło się ok. 1300 osób, więc brak stref i pacemakerów nie był żadnym problemem. Stanąłem kilkanaście metrów za czołówką, między debiutantami i tymi co walczyli o złamanie trójki. Padł strzał, szmateksowa bluza wylądowała na betonowym słupku przy chodniku, a mój Garmin zaczął odliczać czas.

Biegło się fajnie. Mimo, że przed samym startem nie był zbyt mocno rozemocjonowany w pierwszych minutach biegu poczułem skok adrenaliny. Założone tempo na pierwsze 3km tj. 4:50min/km nie sprawiało żadnej trudności a serce pracowało na granicy drugiego i trzeciego zakresu intensywności. Dwie niespełna 4-kilometrowe pętle po mieście szybko minęły i wybiegliśmy na dwa duże okrążenia. Trasa była tak rozlokowana, że przez linię mety i startu przebiegało się czterokrotnie, podobnie przez oznaczenia kilometrów na trasie. Zupełnie inaczej patrzy się na "41km" mając w nogach 3km, inaczej mając ich około 18 a jeszcze inaczej kiedy zaliczyłem ich już ponad 30. Za to najładniej ten napis na asfalcie wygląda właśnie po 41-kilometrze :)

Trasa początkowo wiodła przez miasto. Następnie poprowadzono nas, przy dopingu podchmielonej ekipy przebranej w zwierzęce futra w głąb lasów i mokradeł. Moim zdaniem tak należy określić "jeziora" między którymi biegliśmy. Po drodze mijaliśmy dwie wioski, gdzie było trochę kibiców. Ci którzy postanowili dodawać nam otuchy zbierali się w grupki i czytając nazwiska z list startowych krzyczeli do nas po imieniu. Ależ się zdziwiłem kiedy grono ludzi krzyczało "Tomek dajesz rade! Dobre tempo!". Na prawdę przez chwile zastanawiałem się skąd oni mnie znają?! :) 

Zostawiając wioski za plecami wbiegaliśmy w długie proste odcinki przez las, które miały być płaskie, a tak na prawdę falowały. Momentami były to aleje, czyli odcinki porośnięte olbrzymimi dębami lub grabami po obu stronach drogi. Ich olbrzymie gałęzie tworzyły nad naszymi głowami, coś w rodzaju zadaszenia jak na wrocławskiej Pergoli. Następnie wybiegaliśmy na długą prostą w kierunku Dębna gdzie niestety cholernie wiało w twarz. To był ten przeciąg, o którym nie raz słyszałem w opowieściach z Dębna. Niby wieje ale na drzewach tego nie widać. Powietrze płynęło nad ulicą jak w tunelu aerodynamicznym. Chowanie się za plecy biegnących przede mną niewiele pomagało. Biegło się ciężko. Dookoła słychać było tylko odgłos butów oraz stękanie i sapanie tych, którzy przegięli z tempem lub mieli gorszy dzień. Ta długa prosta w kierunku Dębna, ta z przeciągiem, gdzie wiało niemiłosiernie była najtrudniejszym odcinkiem trasy. Właśnie tam zdałem sobie sprawę z tego, że albo rozegram bój o życiówkę, którą mogłem pobić o co najwyżej o sekundy albo odpuszczę i po prostu zaliczę ten maraton z czasem poniżej 3:30 jako kolejny etap na drodze do KMP.

W zasadzie opcja nr 2 przyszła mi do głowy dużo wcześniej. Po zaliczeniu pierwszej połowy z czasem 01:39:46 musiałbym pobiec drugą połówkę dużo szybciej żeby zrealizować plan na złamanie 03:20:00 w maratonie. Znając już profil trasy, warunki pogodowe i zdając sobie sprawę z braku współtowarzyszy, bo biegnących na czas poniżej 3:20 było mniej niż 200 pomyślałem, że nie ma sensu się nadwyrężać i że po 32 km zweryfikuje swoje założenia. No i zweryfikowałem :) Mając na uwadze możliwość ukończenia biegu w dobrym czasie i w dobrym samopoczuciu oddałem się rozmyślaniom w stylu "ten maraton to dopiero połówka Rzeźnika". Im bliżej mety tym więcej myśli w stylu "ten Rzeźnik to jednak nie jest dobry pomysł" przychodziło mi do głowy. Tak się zamyśliłem, że prawie się zatrzymałem na 38km popijając ciepłą i bardzo słodką herbatkę :) Pierwszy raz na trasie maratonu miałem okazję napić się ciepłej herbaty! Chwilę później po raz pierwszy na trasie maratonu wziąłem do ręki mokrą gąbkę i ocierając twarz pomyślałem, że koniec z marudzeniem, trzeba się zmobilizować na końcówce!

Próbowałem rozpędzić maszynę do w miarę przyzwoitego tempa ale tak na prawdę wturlałem się do miasta. Mijałem tłumy kibiców, chłonąłem tę atmosferę i bardzo chciałem osiągnąć metę, bo brak długich wybiegań w ostatnich dwóch miesiącach wywołał efekt pieczenia w obu udach. Minąłem po raz ostatni napis na asfalcie "41km" i pognałem w kierunku mety. Na ostatnim 300m-odcinku doznałem swoistej eksplozji endorfin i euforii. Zmęczenie minęło, pieczenie ustało, a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Koleś obok ledwo powłóczący nogami wymamrotał, że chyba zrobi życiówkę. Rzuciłem do niego "goń mnie!" i pogonił. To było jak zabawa w berka :) Ja osiągnąłem metę mocno finiszując, a koleś zrobił życiówkę. Oboje mieliśmy powody do zadowolenia, bo czas 3:26:12 zupełnie mnie usatysfakcjonował. Ze strefy mety udałem się w kierunku szkoły na masaż i posiłek regeneracyjny.

Zupa i kiełbaska po biegu smakowały wybornie. Jadłem w towarzystwie biegających żołnierzy i policjantów. Wszystkim dopisywały humory. W pewnym momencie przysiadł się jeden z organizatorów i odbył z nami coś w na zasadzie wywiadu. Chciał poznać nasze zdanie na temat nowej trasy i poziomu organizacji imprezy. Na usta cisnęły się same pochwały i nikt nie miał ochoty na krytykowanie czegokolwiek :) Po jedzeniu poszedłem na masaż, gdzie w kolejce podzieliłem się wrażeniami z biegu z innymi biegaczami. Spotkałem tam też Kubę z Gniezna, który poprawił życiówkę o kwadrans. To dopiero była radość :) Masażyści spisywali się na medal. Było dużo stanowisk, więc masowałem się prawie dwa kwadranse. Po masażu był prysznic, pakowanie rzeczy na plebanii i pożegnanie z Kubą i Asią. 


Kiedy odjechali pod sceną na której wręczano nagrody zwycięzcom poznałem Krystynę z Wrocławia, która zajęła 2 miejsce w kategorii K-60 i zgadaliśmy się na wspólny powrót. Dołączyli do nas jeszcze Basia z Opola i Tomek z Kielc, więc droga powrotna choć bardzo długa, minęła szybko i w miłej atmosferze. Krystyna okazała się być znaną na całym świecie wrocławską ultramaratonką, która Bieg Rzeźnika oczywiście miała już na swoim koncie. Wypytałem ją o wszystko co tylko przychodziło mi do głowy w kwestii przygotowania się startu w ultra. Odpowiadała chętnie ale to już temat na inne opowiadanie :)

23 kwietnia 2012

XI Cracovia Maraton

Historia lubi się powtarzać. Znowu leżę w wannie pełnej solanki i wspominam wczorajszy maraton... ale po kolei.


XI Cracovia Maraton miał być sprawdzianem kondycji mocno zniszczonej przez chorobę, która trawiła mnie od października do grudnia 2012 roku. Przygotowania rozpocząłem w styczniu i w sumie nabiegałem około 550km. Nie było tego dużo ale w tym udało mi się zaliczyć kilka długich wybiegań i koleżeński start w V Półmaratonie Ślężańskim. Czułem, że przygotowałem się na 3:30h. Po cichu liczyłem na życiówkę...



Wyjazd, inaczej niż do tej pory, zaplanowałem bez rodziny, głównie ze względu na pogodę. Miało być chłodno i deszczowo. Z uwagi na fakt, że oprócz mnie do Krakowa wybierało się dwóch kolegów z biura umówiłem się z nimi na wyjazd. Wyruszyliśmy w sobotę w samo południe. Na miejsce dotarliśmy około 15tej. Rudy miał do odebrania odkurzacz wylicytowany na Allegro, więc udaliśmy się na Nową Hutę po odbiór. Tam przywitano nas po dresiarsku tekstem "Macie jakiś problem?" ale obyło się bez draki. Padało, więc przy okazji zakupów w centrum Handlowym M1 kupiliśmy wazelinę a ja dodatkowo tabletki na gardło, które dokuczało mi w tygodniu przed startem. Nie wspomniałem, że we wtorek lekarz stwierdził u mnie infekcje wirusową i zalecił dwu dobową kurację 20 tabletkami ino-cośtam. Nie bardzo to pomogło, więc w nocy czw/piątek łykałem polopirynę. Pomogła.
Po zakupach udaliśmy się na nocleg. Ja na ul. Kościuszki 58 do Hostelu OK. Miałem zarezerwowane łóżko w 4-osobowym pokoju, w którym byłem sam. Bardzo komfortowo się tam czułem. Po rozpakowaniu się wybrałem się na Krakowskie Błonia. Obejrzałem finish maratonu na rolkach a następnie spotkałem się z Rudym przy odbiorze pakietów startowych. W tym roku były słabe. Zwykła koszulka techniczna, numer z chipem, bon na pasta party i mnóstwo reklam. Lipa. Na godzinę 18:00 umówiony byłem na badania zmęczenia serca dla PAN, więc Rudy poszedł z bratem Mikołajem i jego dziewczyną Magdą na kolację a ja wciągnąłem porcję makaronu na pasta party (małą i zimną) popiłem to gorącą herbatką i poddałem się badaniom. USG, EKG wyszły dobrze. Lekarz, który mnie badał stwierdził, że wszystko wygląda i pracuje jak należy. Cieszyłem się tym bardziej, że podczas pobytu w szpitalu mówiono o ryzyku zapalenia mięśnia sercowego itp. Po badaniach wróciłem do hostelu i uszykowałem wszystko na start. Próbowałem zasnąć ale nawet tradycyjne piwo nie pomagało. Jakoś dotrwałem do rana. Po śniadaniu i toalecie ruszyłem w kierunku startu. Zostawiłem rzeczy w depozycie i zrobiłem małą rozgrzewkę. Tuż po niej spotkałem kuzyna Pawła, który również brał udział w biegu.

3,2,1 START! Wystrzał z pistoletu i maraton ruszył. Powoli przesuwałem się w kierunku linii startu trzymając rękę na przycisku Enter mojego Garmina. Rozpoczął się bieg. Jak zawsze przepełniało mnie szczęście, byłem bardzo wzruszony i wdzięczny Bogu, że mogłem po raz kolejny zmierzyć się z maratonem. Pierwsze trzy kilometry dosłownie truchtałem a mimo to serce waliło ponad 170 bpm i nie mogłem tego opanować. W międzyczasie zadzwonił do mnie znajomi z pracy. Tak to jest jak się biega z telefonem :) W okolicach 5km tętno zaczęło się stabilizować pod górną granicą trzeciego zakresu i powtarzając sobie ciągle, że muszę to za wszelką cenę utrzymać starałem się biec równym tempem. W pamięci zapadł mi blibord z Majkiem Tysonem z 5 km :) W połowie 6 km zlokalizowana była pierwsze agrafka, na której był nawrót i można było biec równolegle do biegaczy przed a następnie za sobą. Wypatrywałem kolegów ale na tym etapie jeszcze byli daleko za mną. I dobrze :) Potem był Rynek, Ratusz, Wawel i bieg drugim brzegiem Wisły i kolejna agrafka na 14km. Tam udało mi się wypatrzeć Micha. Biegł mocno skupiony i dopiero mój głośny krzyk wybudził go z letargu. Pomachał i uśmiechnął się do mnie. Wyglądał jak cyborg :) Przed połówką kolejna agrafka w okolicy zupełnie odsłoniętej przed słońcem, patelnia, ale miałem mnóstwo sił. Czułem się świetnie ale cały czas trzymałem równe tempo, lekko zwalniając na podbiegach i przyspieszając na zbiegach, mając świadomość ściany w którą miałem przywalić w okolicach 38km. Korzystałem z punktów odżywczych w taki sposób, że brałem butelkę Powerade, wylewałem połowę a resztę wsadzałem w nerkę i tak biegłem i piłem do następnego punktu. Jadłem banany przy każdej możliwej okazji. W okolicach 30km na powrocie z Nowej Huty spotkałem Michałów, którym wybiegłem na przeciw i przybiłem piątkę oraz Maćka Jaha z Wrocławia w wózku pchanym przez jego ojca. Wciągnąłem ostatni żel i zaatakowałem ostatnią dychę. Do 37km wszystko szło idealnie, zero problemów, poziom zmęczenia znośny, psychika ok, bo od początku ciągle wyprzedzam i nie jestem wyprzedzany dzięki agresywnej taktyce biegu z lekko narastającą prędkością i ustawieniu się na starcie w strefie na czas nieco gorszy od zakładanego na mecie. Pamiętam, że od 35km biegłem za kolesiem we wrocławskiej koszulce i właśnie na 37km przy próbie przyspieszenia za nim pierwszy raz w życiu zaatakowały mnie skurcze obu nóg. Masakra! Każda próba przyspieszania kończyła się skurczem. Na szczęście nie musiał się zatrzymać ani przejść do marszu. W tempie nieco wolniejszym dobiegłem do mety. Byłem pełen szczęścia bo pierwszy raz ukończyłem maraton w tak dobrej dyspozycji i z czasem niewiele gorszym od życiówki. Wpadając na metę słyszałem doping wója Jacka i jego rodziny. Odebrałem medal i udałem się wprost na stanowisko lekarskie, gdzie kolejne badania wykazały, że wszystko ze mną jest ok.



Przed wyjazdem z Krakowa spotkałem staruszka, który w wieku 90 lat nadal biega i startuje w maratonach. Też bym tak chciał :) To była ciekawa i inspirująca rozmowa.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...