21 marca 2016

Biegiem wokół Ślęży czyli relacja z 9. PANAS Półmaratonu Ślężańskiego

Kiedy kończy się zima, a w powietrzu czuć zapach zbliżającej się wiosny nadchodzi czas na Półmaraton Ślężański. Od kilku lat biorę udział w tej imprezie biegowej organizowanej w małym miasteczku Sobótka na Dolnym Śląsku. Malownicza i wymagająca za razem trasa półmaratonu wiedzie wokół góry ŚlężyTegoroczna edycja była rekordowa pod kilkoma względami. Przygotowano ponad 5 tyś. pakietów startowych z czego odebrano 4616. Takiej frekwencji nie powstydziłby się nie jeden polski maraton. Po drugie kenijska para METTO David Kiprono oraz BARSOSIO Stellah Jepngeti ustanowiła nowe rekordy trasy odpowiednio 1:04:54 oraz 1:12:18. Po trzecie miałem wrażenie, że liczba wolontariuszy, żołnierzy i policjantów również była rekordowa, bo pomimo takiej ilości biegaczy oraz osób im towarzyszących Sobótka nie pękła w szwach. Wręcz przeciwnie, miałem wrażenie, że w mieście mieszkają sami biegacze, wolontariusze i kibice. Panowała wspaniała atmosfera i wszystkim dopisywał dobry humor. Duże znaczenie miała również pogoda, która jak na zamówienie była wprost idealna do biegania takiego dystansu.

Po ubiegłotygodniowej dyszce zrobiłem tylko jeden dłuższy bieg regeneracyjny oraz zaliczyłem basen i kilka jednostek ćwiczeń ogólnych z rozciąganiem. Postanowiłem pobiec połówkę wokół Ślęży na totalnej świeżości. Nie nastawiałem się na bicie rekordów. Za cel postawiłem sobie jak co roku sprawdzenie aktualnej formy po zimie. Kiedy byłem pytany o założenia odpowiadałem, że biorę w ciemno każdy wynik poniżej 1:45:00.

Organizatorzy za pośrednictwem mediów społecznościowych szczegółowo informowali o postępach prac przy organizacji biegu oraz publikowali kolejne fotki z biura zawodów i z trasy. Były posty o tym, że przyszykowano w sumie 20 ton pakietów startowych, napojów, jabłek, koszulek i innych rzeczy razem wziętych. Pisali, że pogoda dopisuje, bo ją zamówili u Wszystkich Świętych. Publikowali informacje, że na trasie będą wolontariusze na rowerach rozdający żele energetyczne. Czytając te wpisy w piątek ciężko było wysiedzieć w pracy z myślą, że do startu zostały już tylko godziny. Wieczorem z kolei pojawiła się informacja, że wydano jedynie 1000 pakietów startowych. Proponowano wczesny przyjazd do Sobótki. Nauczony doświadczeniem lat poprzednich ustaliłem z Kamilem, który przyjechał na ten bieg z Krakowa, że wyjeżdżamy z Wrocka o 7:30.

W sobotni poranek nie było problemów z pobudką. Szybki prysznic, lekkie śniadanie i pakowanie plecaka zajęły mi dosłownie kilkanaście minut. W drodze do Sobótki rozmawialiśmy z Kamilem o trasie i planowaliśmy start. Ślęża, która po pewnym czasie ukazała się naszym oczom, spowita była w nisko zawieszone chmury.



Kiedy dotarliśmy na miejsce, chwilę po godzinie 8:00, w mieście było jeszcze w miarę pusto. Bez kolejek odebraliśmy pakiety startowe i zwiedziliśmy teren Biura Zawodów. Mieliśmy sporo czasu na drugie śniadanie, herbatę i wyszykowanie się do biegu. Robiło się coraz cieplej, a słońce przebijało się zza chmur. W międzyczasie zrobiło się tłoczno na ulicy i na placu Biura Zawodów.

W gwarze rozmów przeważał temat właściwego dobrania ubioru. Było słonecznie ale powietrze było chłodne albo raczej rześkie. Jedni ubierali się w kilka warstw inni wręcz przeciwnie. Początkowo planowałem pobiec na krótko ale ostatecznie zdecydowałem, że wezmę koszulkę na ramiączka i cienką kurtkę przeciwwiatrową. I to był dobry wybór.




Kiedy zbliżała się godzina 10:45 wbiliśmy się w tłum podążający w kierunku Rynku. Po krótkiej rozgrzewce w drodze do stref startowych nastąpił wybuch z armaty, który tradycyjnie rozpoczyna bieg. Zdziwiłem się mocno i zacząłem się zastanawiać czy mój zegarek nie szwankuje ale tłum nie ruszał więc wyszło na to, że ktoś strzelił testowo lub przez pomyłkę.

Równo o 11:00 nastąpił właściwy start. Działo huknęło i ruszyliśmy przed siebie. Machały nam tłumy kibiców, a z powietrza filmował nas operator w helikopterze. Atmosfera była niesamowita.

Trzymałem się założeń taktycznych i na pierwszych dwóch kilometrach starałem się nie wywindować tętna zbyt wysoko. Kiedy inni parli pod górkę w kierunku Strzegomian ja odpuszczałem. Z kolei w na zbiegu w kierunku Będkowic cisnąłem mocno. Znajome twarze przemykały obok lub zostawały w tyle. Każdy biegł własnym tempem. Na 5 km usłyszałem głos Michała dopingującego mnie do walki. Przez kolejne kilometry oglądałem jego plecy. W międzyczasie na poboczu zaczęli zatrzymywać się pierwsi biegacze zaskoczeni ślężańskimi podbiegami. Przypomniałem sobie mój start w 2014 roku kiedy robiłem dokładnie to samo z powodu braku kondycji.

Po 7 km, w Sulistrowiczkach, był pierwszy punkt z wodą oraz izotonikiem. Stoły były długie, napełnionych kubków było dużo, więc nie było problemów z tłokiem na punkcie. Za nim ustawiono pudła z wielkimi tarczami jak do lotek, do których należało wrzucić puste kubki. Jednym się to udawało innym nie ale generalnie ten pomysł chyba się sprawdził. Od tego momentu trasa miała wejść w najtrudniejszą fazę. Jednak zupełnie inaczej widziałem to w tym roku. Po kilku górskich treningach wydawało mi się, że Przełęcz Tąpadła jest nieco niżej niż rok temu. Podbieg w ogóle nie wydawał się być morderczy i jakoś szybko się skończył. Pomyślałem, że nie zrobi on również wrażenia na Kamilu z Krakowa, którego przed nim przestrzegałem. Cóż albo moja forma wzrosła albo góra zmalała. Na Przełęczy Tąpadła ustawiono dmuchane bramy w okolicy których zebrały się tłumy kibiców. Było głośno i wesoło. Dzieciaki, turyści oraz rowerzyści kibicowali pokrzykując, że teraz już będzie tylko z górki. 

Na zbiegu pognałem jak mogłem najszybciej. Zdecydowanie nie był to bardzo szybki zbieg w moim wykonaniu. Brakuje mi jeszcze trochę luzu i elastyczności w kroku. Mimo, że próbowałem nie mogłem zupełnie komfortowo puścić się w dół wzorem innych biegaczy, którzy pokrzykiwali lewa wolna, prawa wolna!

Po wybiegnięciu z lasu na otwarta przestrzeń okazało się, że słoneczko świeci ale nie przypieka, a wiatru praktycznie nie ma. Serducho waliło równo na granicy II i III zakresu. Pomyślałem, że skoro kondycyjnie idzie mi lepiej niż rok temu, bo biegnąc zbliżonym tempem miałem dużo niższe tętno, to utrzymam taki stan rzeczy najdłużej jak się da.


Wbiegliśmy do miejscowości Sady. Mieszkańcy dopingowali nas z podwórek. Na końcu wioski zlokalizowany był kolejny punkt z napojami. W międzyczasie wyprzedziłem Michała, którego plecy oglądałem od 5 km. Dopingowany do walki odparł, że dopadł go kryzys. Pobiegłem dalej wciągając żel, tak na wszelki wypadek, i popiłem go kilkoma łykami wody. No i się porobiło.

Pierwszy raz na biegu tak mocno się zakrztusiłem wodą z kubka, że długo nie mogłem złapać równego oddechu. Byłem bliski wymiotów. Tempo spadało, krok nie był miarowy ale nie chciałem się zatrzymywać. Walczyłem z tym kilkaset metrów. Spłakałem się jak dziecko ale w końcu kaszel ustąpił. W międzyczasie ktoś robił fotki, wiec pewnie zabawnie na nich wyszedłem.

Po opanowaniu sytuacji skupiłem się na utrzymaniu maksymalnego tempa nie wchodząc zbyt mocno z tętnem w III zakres. Połykałem kolejne podbiegi na 17 i 19 kilometrze. Przychodziło mi to bez większych trudności. Na ostatnim punkcie z wodą zrobiłem dwa małe łyki i popędziłem do mety. Pojedyncze osoby przechodziły do marszu a ja lekko biegłem między nimi. Nie ścigałem się z czasem, po prostu biegłem przed siebie.

To był najfajniejszy finisz na Półmaratonie Ślężańskim. Na twarzy miałem uśmiech od ucha do ucha, bo w tłumie kibiców dostrzegałem znajomych. Strasznie cieszyłem się każdym kolejnym krokiem, który przybliżał mnie do napisu META. Zameldowałem się na niej z czasem 01:37:57 i był to wynik, który w pełni mnie satysfakcjonował. Uniosłem ręce w geście triumfu, a na szyję dostałem piękny medal. Już dawno nie czułem się na mecie tak bardzo spełniony, mimo że bez życiówki. Zero bólu, zero skurczy, zero kryzysów na trasie. Pięknie, po prostu pięknie.

Po chwili radości i wytchnienia dostrzegłem Adama, który próbował zrobić sobie zdjęcie telefonem. Zaproponowałem, że mu pomogę, a w zamian poprosiłem o fotkę i dla mnie. Dzięki temu mam fajne zdjęcie z mety. Dzięki Adam!


Wolontariusze kierowali nas do hali sportowej. Okazało się, że nie było kolejek na masaż i po odbiór posiłku regeneracyjnego, który był przygotowany w kilku opcjach. Wszystko było perfekcyjnie zorganizowane. Po odświeżeniu się spotkałem się z resztą ekipy. Wszyscy byli zadowoleni i uśmiechnięci. Nawet drugi Adam, który musiał zejść z trasy na 7 km z powodu kontuzji kolana był w całkiem dobrym nastroju. Za to jego żona Basia cieszyła się z ukończenia biegu w dobrej dyspozycji. Podobnie Cyki, mój partner z Biegu Rzeźnika cieszył się z ukończenia biegu tym bardziej, że nie poświęcił zbyt wiele czasu na przygotowania. Kamil z Krakowa z kolei stwierdził, że trasa jednak nie była tak wymagająca jak ją przedstawiano w opowieściach. I tylko Szymon, któremu choroba pokrzyżowała plany startowe musiał obejść się  smakiem czekając na nas na mecie.


Ceremonia wręczenia pucharów i nagród przebiegała w akompaniamencie policyjnej orkiestry. Pogoda dopisywała więc na placu były tłumy. Wśród nich spotkałem wielu znajomych w tym Marka, kolegę z czasów podstawówki. Oczekiwanie na losowanie nagród mimo, że było długie, szybko minęło na rozmowach o życiówkach, planach, kontuzjach i biegowych gadżetach. Po nim wszyscy rozjechali się do swoich domów.

Wielkie podziękowania należą się wolontariuszom i żołnierzom za pomoc przed, w trakcie i po biegu. 9. Półmaraton Ślężański podnosi poprzeczkę organizatorom biegów masowych w Polsce. Małe miasteczko jest gospodarzem wielkiej imprezy biegowej, której sława nieprzerwanie rośnie. Jestem przekonany, że w przyszłym roku na jubileuszowej 10-edycji znowu zostanie pobity rekord frekwencji :)

6 komentarzy:

  1. Widzę, że to był mega miło spędzony czas. Sama dopiero wracam po kontuzji i mam nadzieję, że na jesień pobiegnę w zawodach :D Wesołych Świąt! Miłego dnia!

    Komentarz u mnie = Komentarz u Ciebie
    http://bieganiejestspoko.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Było mega! Zapraszam za rok na 10 jubileuszową edycję. A tymczasem życzę zdrówka i szybkiego powrotu na biegowe ścieżki :)

      Usuń
  2. Bieg polecam gorąco !! Pomimo zmagania się z kontuzją podczas biegu, bardzo bym żałował gdybym się nie pojawił na starcie. Dziękuję Czmielu za podwózkę i przede wszystkim za towarzystwo !! Było super i pewnie się spotkamy za rok :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sprawy Kamilesku. Cieszę się, że dałeś się namówić na ten start. Mam nadzieję, że za rok plecimy w większym składzie ;) Koniecznie muszę wpaść na połówkę do Krakowa, więc organizuj coś ��

      Usuń
  3. I don't commonly comment but I gotta admit regards for the
    post on this amazing one :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Glad you liked this post ... but could you read it if it is written in Polish? :D

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...